W 40. rocznicę tragicznego pożaru 1984-2024
W latach 1969‒1984 i 1987‒1991 w budynku klasztoru franciszkanów we Wronkach mieścił się Państwowy Dom Dziecka. W nocy z 17 na 18 grudnia 1984 r. w placówce tej wybuchł ogromny pożar, w wyniku którego zginęli wychowankowie – rodzeństwo: Edyta, Marzena i Robert Szymkowiakowie, rodzeństwo: Adam, Andrzej, Edyta i Jacek Szymańscy, Ewa Ulewicz – oraz dyrektor Tadeusz Urbaniak.
W akcji gaszenia pożaru brało udział 21 jednostek straży pożarnej, w tym OSP Wronki, OSP Wromet Wronki, OSP Spomasz Wronki, OSP ZPZ Wronki, OSP Pilskie Fabryki Mebli Wronki, a także jednostki OSP z Chojna, Lubowa, Kłodziska i Samołęża. Spłonęło drugie piętro i poddasze budynku. Dzięki zaangażowaniu strażaków udało się uratować przylegający do klasztoru zabytkowy kościół z XVII wieku.
Działania pożarnicze, akcje ratunkowe, przenoszenie dzieci do nowych placówek, prowadzone dochodzenie w celu ustalenia przyczyn pożaru i inne działania trwały wiele dni. W końcu, 28 lutego 1985 r. w sali Urzędu Miasta i Gminy we Wronkach odbyło się uroczyste spotkanie, podczas którego wręczono odznaczenia oraz podsumowano wszystkie działania.
Aby uczcić pamięć ofiar tragicznego w skutkach pożaru oraz strażaków, którzy brali udział w akcji gaszenia ognia i ratowania wychowanków Domu Dziecka we Wronkach organizatorzy, którymi są: Gmina Wronki, Dom Zakonny Ojców Franciszkanów, Ochotnicza Straż Pożarna, Muzeum Ziemi Wronieckiej, Wroniecki Ośrodek Kultury i portal Moje Wronki, a także radna Rady Miasta i Gminy Wronki p. Violetta Kozłowska przygotowali uroczystość, w ramach której zaplanowano mszę świętą w intencji ofiar pożaru, poświęcenie pamiątkowej tablicy oraz spotkanie osób bezpośrednio związanych z wydarzeniem. Do działania dołączyli także: p. Paweł Bugaj oraz p. Grażyna Kaźmierczak przygotowując okolicznościową wystawę fotografii z pożaru, autorstwa p. Pawła Bugaja.
Jednym z zaplanowanych działań było również przygotowanie niniejszego opracowania, które przede wszystkim zawiera dwa teksty poświęcone tragicznym wydarzeniom sprzed 40 lat oraz zdjęcia ukazujące budynek klasztoru przed i po pożarze.
Pierwszy z poniższych tekstów opracowany został przez strażaków OSP Wronki: dh Stefana Kaszkowiaka i dh Andrzeja Liszkowskiego i zamieszczony w opracowaniu „Kalendarium Straży Pożarnych MiG Wronki”.
„W nocy z 17 na 18 grudnia 1984 roku we Wronkach doszło do tragedii. O godzinie 3:30 ryk syren ogłosił alarm dla strażaków. Alarm, jakich wiele słyszą strażacy, ale jakże odmienny w skutkach. Palił się Państwowy Dom Dziecka, który mieścił się w starych klasztornych zabudowaniach ojców franciszkanów. Budynek składał się z trzech kondygnacji. Pożar wybuchł w prawym skrzydle, na drugim piętrze. Strażaków o pożarze na polecenie dyrektora Domu Dziecka Tadeusza Urbaniaka – powiadomił palacz. Dyrektor poparzony rzucił się ratować dzieci, kilkoro sprowadził na dół. Po przyjeździe na miejsce pożaru jednostek OSP Wronki, OSP Wromet, OSP Spomasz, stwierdzono, że z okna na poddaszu wydobywały się kłęby dymu i ogień. W pokoju tym znajdowało się dziesięcioro dzieci, w wieku od 3 do 8 lat. Po częściowym opanowaniu ognia, dodatkowym utrudnieniem było niewyłączone napięcie elektryczne, nastąpiła najbardziej dramatyczna część akcji. Wejście strażaków do płonącego budynku. Nie zawahali się: Dh Walerian Tafelski, Dh Zdzisław Dzik, Dh Adam Bąkowski, Dh Kazimierz Kwaśny.
Kłęby duszącego dymu uniemożliwiały poruszanie się po korytarzu na drugim piętrze. Trzeba było nałożyć maski, które jeszcze bardziej utrudniały widoczność. Kazimierz Kwaśny później powiedział: „Choć miałem latarkę nie widziałem nic”. W między czasie przyjechały dalsze jednostki z „Wrometu” i „Spomaszu”, które przystąpiły do gaszenia. Mimo błyskawicznego działania, po kilku minutach znaleziono pierwsze nieprzytomne dziecko. Od tego momentu wszyscy zaczęli liczyć… Wiadomo było, że w pokojach zostało dziesięcioro dzieci. Po chwili wszystkie dzieci zostały odszukane. Znaleziono także niedającego znaku życia dyrektora Domu Dziecka Tadeusza Urbaniaka, który ratując swoich podopiecznych stracił przytomność. Po zniesieniu wszystkich na rękach na parter natychmiast przystąpiono do reanimacji. W tej części akcji wyróżnili się: Dh Adam Bąkowski i Dh Zdzisław Dzik oraz strażacy z innych jednostek. Niestety mimo intensywnych zabiegów medycznych nie udało się uratować życia ośmiorga dzieci i ich dyrektora.
To wszystko działo się wewnątrz budynku, a na zewnątrz cały czas trwała akcja gaszenia pożaru, działania prowadziło 20 jednostek. Dzięki śmiałej akcji strażaków udało się uratować sąsiadujący z Domem Dziecka XVII wieczny Kościół. Na miejsce zdarzenia przybył Komendant Wojewódzki Straży Pożarnych płk. poż. A. Waligórski oraz jego zastępcy. Tak więc na miejscu ognia znalazł się cały sztab ludzi doświadczonych i zaprawionych w walce z czerwonym kurem. Mimo to straty materialne były duże. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że ośmioro dzieci i ich dyrektor nie żyją. Stwierdzono to w szpitalach w Czarnkowie i w Szamotułach. Był to szok dla ludzi zgromadzonych na chodnikach jak i dla samych strażaków, którzy włożyli ogromny wysiłek w ratowanie ich życia. Jedynie dh Zdzisław Dzik, zawożąc jedną z rannych dziewczynek do szpitala w Czarnkowie był z siebie zadowolony; lekarz orzekł, że istnieje nadzieja, iż będzie żyła. Później dh ten powiedział: ”Wierzyłem, że moja dziewczynka przeżyje. Ratowałem ją tak, jakby była moim własnym dzieckiem”.
Akcja gaśnicza trwała jeszcze długo. Na twarzach strażaków widać było zmęczenie. Przedstawiciele Komendy Głównej obecni przy pożarze wysoko ocenili strażaków. Powiedzieli: „Wszystko, co było możliwe do wykorzystania zostało wykorzystane”. Należy także nadmienić, że społeczeństwo ofiarnie pomogło przy ewakuacji budynku, a służby gastronomiczne zapewniły ciepły posiłek dla strażaków biorących udział w akcji. Władze miasta z naczelnikiem M. Bartkowiakiem na czele zapewniły pomoc w czasie ewakuacji (transport) zakładając jednocześnie w urzędzie miasta centrum informacyjne. Dzieci przetransportowano do hotelu robotniczego w „Spomaszu”.
Pożar prawdopodobnie powstał od instalacji elektrycznej, a drewniane stropy i drewniana konstrukcja dachu okazały się niezwykle łatwopalne. Wypaliło się drugie piętro i poddasze budynku.
W dniu 7 stycznia 1985r. na wniosek wojewody poznańskiego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu podjęto uchwałę o przekazaniu kwoty 1 miliona zł z przeznaczeniem na odbudowę Domu Dziecka we Wronkach.
Również wojewoda poznański zwrócił się z apelem do zakładów pracy, instytucji i społeczeństwa województwa poznańskiego o pomoc w zapewnieniu środków finansowych umożliwiających odbudowę spalonego Domu Dziecka.
28 lutego 1985r. w sali Urzędu Miasta i Gminy we Wronkach odbyło się uroczyste spotkanie, podczas którego wręczono odznaczenia OSP. Na spotkanie zostali zaproszeni strażacy, którzy z dużym zaangażowaniem brali udział w akcjach gaszenia pożaru w Domu Dziecka na terenie Miasta i Gminy Wronki. Przybyli także: Komendant Wojewódzki SP w Pile – poż. płk. inż. A. Waligórski, Komendant Rejonowy ZOSP w Czarnkowie – kpt. inż. W. Pawłowski, Pierwszy Sekretarz PZPR Miasta i Gminy Wronki – St. Wroczyński, Członek ZG ZOSP- dh St. Biniak.
Po krótkim przemówieniu wygłoszonym przez Komendanta Wojewódzkiego Straży Pożarnych zostały wręczone medale złote i srebrne za zasługi dla pożarnictwa. Złote medale otrzymali: Józef Srech, Bogdan Łuczak, Benedykt Pujanek, Walerian Tafelski; a srebrne medale otrzymali: Zdzisław Zaporowski, Adam Bąkowski, Wojciech Niewiedział, Mieczysław Zastróżny i Zdzisław Dzik.
Za znakomite zasługi w akcji gaszenia Domu Dziecka we Wronkach OSP otrzymało list pochwalny od Komendanta Wojewódzkiej Straży Pożarnej w Pile o następującej treści: „W dniu 18 grudnia 1984 roku wybuchł pożar Państwowego Domu Dziecka we Wronkach. Zawiadomione natychmiast jednostki ZSP i OSP przystąpiły do akcji ratunkowej. Po przeprowadzeniu analizy i ocen ustalono, że wyjątkowo ofiarnie w tej akcji uczestniczyła Wasza jednostka, która jak zawsze nie patrząc na skutki podjęła akcję ratowania dzieci i mienia. Ofiarność i oddanie w tym społecznie ważnym działaniu są następstwem dobrze prowadzonej pracy organizacyjnej i społecznego oddania skupionych w Ochotniczej Straży Pożarnej we Wronkach członków. Za aktywny udział w tej akcji i innych działaniach OSP, ofiarność i zaangażowanie w służbie pożarnej wyrażam Wam najserdeczniejsze podziękowania. Życzę wiele osobistego szczęścia członkom OSP i ich rodzinom oraz dalszych osiągnięć w działalności społecznej dla dobra naszej Ojczyzny”. Podpisano płk. poż. mgr Andrzej Waligórski.”
Drugim opracowaniem opisującym tragiczny pożar we wronieckim Domu Dziecka jest artykuł p. Anny Foreckiej pt. „Tragiczna Noc”, zamieszczony w Tygodniku Pilskim w styczniu 1985 r. (nr 3, [261]). Autorka, najprawdopodobniej jako jedna z pierwszych, przygotowała tak obszerną, szczegółową i jednocześnie emocjonalną pracę.
„Za tydzień miały być święta. Te najmilsze ze wszystkich świąt, z prezentami, pachnącą choinką obwieszoną świecidełkami, z kolędami, makowcem. Dzieci czekały na nie z utęsknieniem, czekały także na pierwszy śnieg, bo na podwórzu zainstalowano właśnie lampy sodowe, które oświetlać miały lodowisko. Takie nieduże, ale w sam raz dla tej garstki dzieciarni. Na święta miały tu zostać wszystkie dzieci prócz trójki Szymkowiaków, których matka otrzymała właśnie zgodę Sądu Rodzinnego w Wągrowcu na zabranie dzieci do domu.
Ale to nic, że tutaj. Tu było naprawdę dobrze, ciepło, właśnie – ciepło. To przecież w końcu był ich dom od lat. Dom, prawdziwy dom, choć nazwa brzmiała tak oficjalnie, zimno. Wszyscy we Wronkach wiedzieli, że Tadeusz Urbaniak, dyrektor, dbał o te dzieciaki jak o własne, ze zgromadził w Domu Dziecka tyle sprzętu, zabawek, odzieży i innych różności, że można było tym dobytkiem oddzieli kilka szkół albo przedszkoli. Tu niczego nie mogło brakować.
– Pani – powie 10 grudnia przypadkowo spotkany na podwórzu Domu Dziecka we Wronkach elektryk, który właśnie zakładał owe lampy sodowe – Urbaniak to był człowiek dusza, on życie by oddał za te dzieciaki.
I oddał.
Był ostatnim, którego strażacy wynieśli z płonącego budynku. Już nie żył, ręce, a dłonie przede wszystkim miał poparzone, zdarte do krwi, którą broczył i której ślady zobaczyć było można później na ścianach korytarzy. Kapitan ze statku schodzi ostatni. I do ostatka walczył z żywiołem, którego był dziewiątą i ostatnią ofiarą. Jeden ze strażaków, który brał udział nie tylko w akcji gaśniczej, ale także w akcji ratowania i wynoszenia dzieci, pracownik „Wrometu”, Jerzy Siemiątkowski, powie mi następnego dnia, że widział Urbaniaka już bez żadnych znaków życia leżącego przy łóżku dziecka skulonego ale z wyciągniętymi rękami w jego stronę. Dziecko – jak opowiadał – także miało ręce zawieszone, skierowane w stronę dyrektora. Oboje wyglądali jakby zastygli w ostatnim geście, jakby oboje chcieli złączyć się i wrócić do życia… Jerzy Siemiątkowski opowiedział jednak coś, co było wytworem jego wyobraźni, która także innym światkom i uczestnikom tej tragedii podpowiadała zdarzenia nieprawdziwe i mało prawdopodobne. Urbaniaka znaleziono w końcu korytarza i w całkiem innej pozycji.
Inni powiedzą, że w oknie na drugim piętrze, tam gdzie znajdowały się wszystkie sypialnie wychowanków, widzieli pluszowego misia, takiego z jakim maluchy chętnie zasypiają, tuląc do miękkiego materiału twarzyczkę. Czy ten miś był naprawdę, czy nie – nie wiadomo. Spłonął przecież nie tylko jeden miś, płonęły lalki: Petronele, Kaśki, Zośki, drewniane i plastikowe klocki, samochody, pewnie i strażackie, pewnie i karetka pogotowia. Jerzy Siemiątkowski powie także i to, że znalazłszy ostatnie z dzieci nie wiedział w pierwszej chwili, chwytając za jego nóżkę, czy to nóżka dużej lalki czy dziecka. Owinięte to było w koc. Może przez sen instynktownie wtuliło weń buzię, broniąc się przed śmiercionośnym dymem?
Dym był gęsty, czarny i cuchnący. Stanowił zaporę, przez którą wręcz nie sposób było się przedostać. Ci, którzy odważyli się wejść ba drugie piętro bez maski przeciwgazowej albo tlenowej wracali szybko, wymiotując, plując krwią i ocierając krew cieknącą z nosa. Palacz, Stanisław Karczmitowicz, jedyny z dorosłych światków tej tragedii, zeznał w przesłuchaniu, prowadzonym przez prokuratora Prokuratury Wojewódzkiej, Stanisława Szymczaka, że z korytarza drugiego piętra walił kłębami dym czarny i gęsty, ale bez śladów sadzy. Smród był zaś taki, jak od palących się szmat, albo gumy. Unosił się górą, jedynie przestrzeń dwadzieścia centymetrów od podłogi była wolna od niego. Powiedział także i to, że biegnąc boso na górę poślizgnął się i zsunął ze schodów. Schody były już zalane wodą przez Urbaniaka. Potwierdzają to także uratowane dzieci. Dyrektor bowiem w pierwszym odruchu chciał gasić pożar sam. Porozciągał węże, próbował uruchomić hydrant, a gdy to się nie udało, nalewał wodę w wiadra i zlewał nią korytarz. Niektóre ze starszych dzieci pomagały mu nosić wodę. A z hydrantów nie mogli także skorzystać strażacy, ciśnienie wody było zbyt słabe i wodę czerpano bezpośrednio z Warty.
Tadeusz Urbaniak miał tej nocy dyżur. Pokój wychowawczy znajdował się po prawej stronie korytarza, granicząc z jednej strony z łazienką, a z drugiej z sypialnią wychowanków. Pewne jest, że gdy tylko zorientował się, że wybuchł pożar, począł niezmiernie hałasować, biegał jak oszalały z jednej sypialni do drugiej, chciał zbudzić rozespane dzieciaki. Zbiegł także na parter, do Izolatki, wiedząc, że śpi tak jak zwykle o tej porze nocny palacz. Kazał mu wezwać straż pożarną. Wbiegł tam na moment, Stanisław Karczmitowicz, nie widział nawet jego twarzy, jego zakrwawionych dłoni, a tylko odwróconą sylwetkę odzianą w paski. Po tej koszuli poznał dyrektora. Wezwał straż, a sam pobiegł na to nieszczęsne drugie piętro, krzyczał: dyrektor, dyrektor!, ale nikt się nie odzywał. Dzieci zbudzone przez Urbaniaka, były już na dole i całe dygotały. Nie wiadomo, czy bardziej z zimna – wszak były tylko w piżamkach – czy ze strachu.
Była 3.20, kiedy zawyła alarmowa syrena strażacka. Strażacy z Ochotniczych Straży Pożarnych zakładowych i miejskiej w różny sposób docierali do strażnicy. Pierwszy przybył Kazimierz Kwaśny, pracownik Pilskich Fabryk Mebli, który wraz z innymi, co przybiegli chwilę później, stwierdził, że telefon w remizie jest nieczynny, i drogą radiową połączył się z punktem alarmowym, skąd dowiedział się, gdzie się pali. Ten telefon jak powie później Walerian Tafelski, naczelnik OSP we Wronkach, był niesprawny od dłuższego czasu, co wielokrotnie stanowiło przedmiot interwencji na poczcie. Dopiero po pożarze został naprawiony. Kazimierz Kwaśny zeznał, że po dotarciu na podwórze Domu Dziecka byli trochę zdezorientowani, bo nigdzie nie było widać płomieni. Tylko stojący na progu Stanisław Karczmitowicz poinformował ich co się dzieje. Gdy Kwaśny w aparacie tlenowym dotarł na drugie piętro wraz z Walerianem Tafelskim, cała kondygnacja była już mocno zadymiona. Szedł wolno, gdyż zaparowały mu szkła w masce i widział tyko na odległość 20 cm. Z górnej części boazerii spadły już rozżarzone kawałeczki drewna i tliły się inne materiały wykończeniowe, ogień powoli schodził na dolne partie ściany. Z powodu słabej widoczności, bo posługiwał się tylko zwykłą latarką, począł się wycofywać w kierunku schodów, gdzie zauważył dwóch innych strażaków ze „Spomaszu”. Wraz z nimi próbował uruchomić hydrant. Bezskutecznie. Wobec tego przystąpili do szukania dzieci, które kolejno znosili na rękach na niższe kondygnacje.
Jednymi z pierwszych, którzy dotarli do Domu Dziecka byli dwaj funkcjonariusze MO, pełniący służbę na terenie miasta i wezwani tu przez radiotelefon. To oni właśnie korzystając z radiotelefonu ściągnęły z komisariatu maski przeciwgazowe, które umożliwiły strażakom wejście na drugie piętro i wynoszenie dzieci. To oni, a także wielu innych strażaków, próbowało reanimować wyniesione dzieci stosując sztuczne oddychanie. Chwilę później pojawiła się pierwsza karetka Pogotowia Ratunkowego z Wronek, a następnie inne z Czarnkowa i Szamotuł. Tylko dwoje z wyniesionych dzieci dawało jeszcze znaki życia – Dorota Stromowska i Agnieszka Muras. Ośmioro dzieci w wieku od trzech do ośmiu lat nie żyło, zmarł także Tadeusz Urbaniak.
Fakt ten społeczeństwo Wronek interpretowało później różnie, mówiono nawet, że zawiedli lekarze, że szpitale, do których zawieziono dzieci nie dysponowały niezbędnym sprzętem. Prawda jest taka, że ośmioro dzieci wyniesiono już martwych. Podobnie zresztą jak dyrektora Urbaniaka. W toku śledztwa, a ściśle rzecz biorąc wyniki sekcji zwłok i badania krwi, wykazały tak wysokie stężenie tlenku węgla we krwi, że ratunek nie był już możliwy nawet, gdyby służba zdrowia dysponowała nie wiedzieć jakimi cudami techniki.
W tym czasie, kiedy jedni penetrowali sypialnie, inni gasili płomienie. Były one widoczne tylko w oknach wschodniego skrzydła drugiego piętra. Walerian Tafelski zeznał, że w pierwszych chwilach strumień wody kierowano z pomp umieszczonych na wozach bojowych. Wysokość jednak była znaczna i woda ledwie głaskała okna i mury. Dopiero po dostarczeniu podnośników ze straży zawodowej w Trzciance i Zakładu Energetycznego w Szamotułach można było skutecznie walczyć z żywiołem.
W akcji gaśniczej brało udział dwanaście jednostek straży pożarnej, w tym również z Komendy Wojewódzkiej. Zastępca komendanta wojewódzkiego, mjr Eugeniusz Kiszycki powiedział mi 19 grudnia, że walkę z ogniem utrudniał brak wysokiej drabiny mechanicznej, która później dostarczono z Poznania. Myliło strażaków również chwilowe zanikanie ognia. Używano piany, a potem lano wodą całe kondygnacje i były momenty, kiedy wydawało się, że pożar został ugaszony. Uczucie ulgi trwało jednak krótko, po chwili jednak znów pojawiały się języki płomieni. Okazało się, że stropy Domu Dziecka we Wronkach miały budowę kasetonową. Były drewniane, lecz ich wnętrze wypełniała trzcina. Ogień przemieszczał się w stropach z jednej kondygnacji na drugą; gdy przestała palić się podłoga, po chwili języki ognia poczęły trawić sufit niższej kondygnacji.
Akcja gaśnicza trwała do godziny 16 dnia następnego, a i później gdzieniegdzie pojawiał się dym.
Na miejsce pożaru biegli lub jechali wszyscy do których dotarła wiadomość o nieszczęściu. Byli naczelnicy, sekretarze partii, rodziny strażaków, ludzie przypadkowo obudzeni przez syrenę alarmową. Powiedzą później, że w pierwszej chwili pożar nie wydawał się groźny, przerażał tylko dym i języki płomieni w szczytowej, wschodniej stronie budynku na drugim piętrze. Na ich oczach później wynoszono martwe dzieci, spadły dachówki, waliły się stropy.
A noc zapowiadała się spokojnie. Dzieci spały, dyrektor wraz z palaczem inwentaryzowali na poddaszu meble przeznaczone do kasacji, a później – jeszcze w obecności żony dyrektora, wychowawczyni Domu Dziecka – spokojnie w trójkę pili kawę w pokoju wychowawcy. Przedtem, dla rozrywki, obaj mężczyźni grali chwilę w ping-ponga. Około godziny 23 Łucja Urbaniak poszła do domu, a mąż pozostał na terenie placówki, pełniąc zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami nocny dyżur. Na moment zszedł jeszcze do palacza, do kotłowni i po krótkiej pogawędce udał się do siebie na górę.
Co robił później? Z ustaleń Prokuratury Wojewódzkiej i opinii biegłych – Eugeniusza Kiszyckiego ds. pożarnictwa i Mariana Perczaka ds. elektrycznych – wynika, że Urbaniak chciał napić się herbaty. W pokoju wychowawcy, co potwierdziła w swoich zeznaniach wychowawczyni Anna Orlińska, znajdował się blaszany dzbanek i grzałka, taka najzwyklejsza w świecie, jaką wszyscy zabieramy ze sobą na wczasy. Wszyscy dyżurujący w nocy wychowawcy, korzystali z tego dzbanka i grzałki, tu parzyło się kawę lub herbatę. Urbaniak dzbanek postawił na podłodze i zmęczony pracowitym dniem nie dotrwał, aż zagotuje się woda. Najprawdopodobniej zdrzemnął się i obudził go swąd palącej się podłogi, wykładziny dywanowej i gumolitu, którym pokryty był parkiet. Wypalona dziura w podłodze, widoczna była już po ugaszeniu pożaru. Woda wygotowała się, a rozżarzony dzbanek spowodował pożar. Tak orzekli biegli.
Przypuszcza się, że obudzony i przerażony Urbaniak, odruchowo chwycił ten dzbanek i on właśnie tak straszliwie poparzył mu dłonie.
Dlaczego nie zdołał obudzić wszystkich dzieci? Dlaczego? To pytanie zapewne pozostanie bez odpowiedzi. Przypuszcza się, ze dzieci te były już nieprzytomne, może nawet nie żyły, że w ogólnym popłochu, wielkim przerażeniu i czarnej zasłonie dymnej nie wszędzie udało się Urbaniakowi i starszym dzieciom dotrzeć. Ale przecież w poszczególnych sypialniach umieszczono celowo dzieci młodsze ze starszymi, wiec czemu te starsze nie ściągnęły z łózek tych młodszych? To pytanie też zadają sobie prawie wszyscy. Ale to nie całkiem tak, pewne jest bowiem, że niektóre z nich takie próby podejmowały. Czternastoletnia Beata Gudynowska, na przykład uratowała ośmioletniego chłopca, kilkunastoletni chłopak ciągnął za sobą innego malucha, który jednak mu się wyrwał.
Ofiarami pożaru jest trójka rodzeństwa Szymkowiaków, czwórka Szymańskich i sześcioletnia Ewa Ulewicz. Adam i Andrzej Szymańscy spali w jednej sypialni, Jacek i Edyta w dwóch innych. Tych dwoje było jedynymi ofiarami w swoich pokojach, pozostałe dzieci ocalały. Los wybrał rodzeństwa tak, jakby ktoś palcem pokazał, kogo skazać na śmierć. Wybrał też Szymkowiaków, którzy następnego dnia mieli jechać na święta do domu.
Tragedia we Wronkach poruszyła do głębi wszystkich. Społeczeństwo miasta okazało i zadeklarowało daleko idącą pomoc wychowankom, zakłady pracy udostępniły sprzęt i materiały niezbędne przy zabezpieczeniu obiektu i uruchomieniu centralnego ogrzewania. Odzywali się ludzie z różnych stron Polski, gotowi nieść pomoc w jakiejkolwiek formie. Wojewoda pilski powołał specjalna komisję pod kierownictwem wicewojewody Paluchowskiego, której zadaniem było współdziałanie z organami ścigania w celu ustalenia przyczyn pożaru, zapewnienie zastępczych i docelowych pomieszczeń dla wychowanków, dokonanie oceny stanu technicznego budynku i ustalenie harmonogramu i zasad finansowania prac remontowych. W chwili, kiedy piszę ten tekst wiadomo, że prowadzone będą prace zabezpieczające, szczegóły dotyczące remontu są natomiast omawiane z ojcem prowincjałem Zakonu Franciszkanów, który jest właścicielem obiektu.
Czy będzie Dom Dziecka we Wronkach, dokładnie nie wiadomo, choć 19 grudnia na sesji Miejsko-Gminnej Rady Narodowej radni podjęli uchwałę o odbudowie i reaktywowaniu tej placówki, powołali też społeczny komitet odbudowy. W tym samym dniu w Banku Spółdzielczym we Wronkach uruchomione zostało konto „Pomoc dzieciom z Domu Dziecka”. Ale istnieje też koncepcja przeniesienia Domu Dziecka do Wróblewa, gdzie mieliby znaleźć schronienie wychowankowie umieszczeni czasowo w Jarosławiu. Uchwałę w tej sprawie podjęła Egzekutywa KMG PZPR.
Postępowanie karne w sprawie pożaru we Wronkach prowadzone przez Prokuraturę Wojewódzka zakończy się prawdopodobnie umorzeniem. Na pewno, jak powiedział zastępca prokuratora wojewódzkiego, Mieczysław Kwiatkowski – Prokuratura wystąpi do Kuratorium Oświaty i Wychowania oraz Wojewódzkiej Komendy Straży Pożarnych o dokładne zbadanie warunków bezpieczeństwa przeciwpożarowego we wszystkich placówkach opiekuńczo-wychowawczych.
Życie we Wronkach toczy się już normalnie, z każdym dniem na podwórku Domu Dziecka pojawiało się coraz mniej gapiów. Powoli opadają emocje, lecz tym wszystkim, którzy w jakiś sposób związani był z tą placówką, strażakom wynoszącym na rękach bezwładne dziecięce ciała, a ocalałym wychowankom przede wszystkim, tragiczny obraz wydarzeń w noc z 17 na 18 grudnia towarzyszyć będzie już do końca życia.
Ośmioro dzieci nie żyje, a płynące zewsząd różnorakie prezenty dla tych dzieci, które wyrwały się śmierci przypomina im o tych, których już nie ma.”
W tym miejscu chciałabym złożyć podziękowania autorom za wyrażenie zgody na opublikowanie artykułów.
Jesienią ubiegłego roku portal Moje Wronki wspólnie z Muzeum Ziemi Wronieckiej zwrócili się do lokalnej społeczności z prośbą o pomoc w poszukiwaniu świadków tamtego wydarzenia, podzielenia się wspomnieniami oraz fotografiami. Niewiele osób odpowiedziało, ale Ci którzy się zgłosili, pomimo tak długiego upływu czasu, opowiadali niezwykle rozemocjonowani.
Autor jednej z relacji wspomina o spontanicznej akcji oddawania krwi dla dzieci przewiezionych do szpitala w Szamotułach. 18 grudnia ok. godz. 5.30 strażacy OSP Wroment Wronki mieli zawieźć autobusem pracowniczym grupę ochotników – pracowników tejże firmy – do szpitala w Szamotułach. Tam leżały już na łóżkach wyniesione z płonącego budynku, nieprzytomne dzieci. Ochotnicy oddawali krew, która natychmiast była przetaczana potrzebującym. Niestety pomimo wielkich nadziei, nie udało się pomóc. Prawdopodobnie takie samo działanie miało miejsce w przypadku dzieci przewiezionych do szpitala w Czarnkowie.
Z innej relacji wiemy, że pracownice biura PSS Społem we Wronkach zostały z samego rana wydelegowane do przygotowywania posiłków dzieciom przewiezionym na stołówkę znajdującą się w hotelu robotniczym przy firmie Spomasz Wronki, na ul. Powstańców Wielkopolskich. Miejsce to było pierwszym, gdzie około czterdzieścioro ocalałych, ale jednocześnie przerażonych i przemarzniętych dzieci mogło się schronić. Na stołówce otrzymały pierwszą opiekę i ciepłe posiłki. Były tam do czasu poszukania nowych placówek.
Ocalałe dzieci zostały następie przeniesione do domów dziecka w Krzyżu, Jastrowie i Złotowie.
Dzisiaj, w przeddzień uroczystości upamiętnienia tragicznego pożaru uratowane dzieci są już dorosłymi ludźmi. Każda z tych osób pisze własną historię. Niektórzy wychowankowie mieszkają w kraju, inni za granicą. Każdy z nich w inny sposób odnosi się do swojego dzieciństwa i tamtych tragicznych wydarzeń. Szanujemy.
Pamiętamy.
Daria Wajdeman-Waszyńska
Zdjęcia:
1. Budynek kościoła i klasztoru, maj 1981 r.; zdj. E. Berent, zbiory Muzeum Ziemi Wronieckiej;
2-24. Klasztor po spaleniu, grudzień 1984 r. zdj. W. Beszterda, zbiory Muzeum Ziemi Wronieckiej;
25. Dom Dziecka we Wronkach, zakładanie blachy na dachu klasztoru, kwiecień 1987, zdj. W. Beszterda, zbiory Muzeum Ziemi Wronieckiej;
26. Potwierdzenie oddania krwi w Szpitalu w Szamotułach, 18 grudnia 1984 r.; własność prywatna.
1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.


















